środa, 18 kwietnia 2012

O blogach kulinarnych dziś będzie słów kilka.

    Moje próby ogarnięcia tematu kuchennego niechlujstwa powiodły mnie do krainy blogów kulinarnych, aby szukać inspiracji. Chciałam znaleźć sposób na to, co wyczarować ze standardowych produktów, żeby nie było standardowe i nudne. Chciałabym podzielić się z Wami moimi wnioskami dotyczącymi tych kulinarnych, wirtualnych podróży.
Wniosek 1: Chyba wszyscy prowadzą blogi kulinarne.
    Naprawdę, mam wrażenie, że to najpopularniejsza forma ekspresji w Internecie. Blogów kulinarnych jest po prostu ZATRZĘSIENIE. Tylko co z tego wynika?
Wniosek 2: Niestety z ilości owych blogów nie wynika nic.
    Ilość nie przekłada się na jakość. Zawsze wydawało mi się, że im większy jest wybór, tym więcej fajnych rzeczy można upolować. Niestety, w przypadku blogów o gotowaniu ta zasada się nie sprawdza. Naprawdę kosztowało mnie wiele czasu i energii, aby przebić się przez TONĘ stron, które:
- o gotowaniu były tylko "przy okazji", albo były tak skomplikowane, że komponowanie składników na jeden posiłek zajęłoby mi miesiąc,
- "rozjeżdżały się" - wyświetlały się tak, jak same chciały. To naprawdę nieciekawe zjawisko szczególnie, że korzystam z netbooka i moje 10" naprawdę wymaga troszkę spójności...
- atakowały mnie - ilość zdjęć, kolorów, elementów tła... wszystko po prostu KRZYCZAŁO do mnie z ekranu,
- język użyty do pisania notek miał niewiele wspólnego z językiem polskim. Po prostu nie potrafiłam dobrnąć do końca notek...
Wniosek 3: Na szczęście jest grupa superbohaterów ratujących świat!
    Wśród fali zalewających mnie pseudokulinarnych blogów udało mi się NA SZCZĘŚCIE znaleźć kilka perełek. Są to bloki czyste, przejrzyste i pełne wartościowych treści. Mogę znaleźć na nich garść informacji o właścicielce/właścicielu - i dobrze! To w końcu ich blog, ma poniekąd być pewną formą ekshibicjonizmu. Ale, ale: zgodnie z założeniem, że ma być KULINARNY mogę znaleźć na nich także sporo ciekawych i inspirujących przepisów, nierzadko uzupełnionych o uwagi dot. możliwych podmian lub produktów, które można całkowicie pominąć. Całość ozdobiona jest sympatycznymi, apetycznymi zdjęciami. Naprawdę jestem pod wrażeniem.
    Mam ogromną nadzieję, że moja przygoda z tymi perełkami potrwa dłużej i że moja kuchnia dzięki nim stanie się bardziej otwarta. Autorkom i autorom chciałabym w tym miejscu serdecznie pogratulować. Tak trzymajcie! :)

środa, 4 kwietnia 2012

Wkurzam się.

    Nie mam weny. Nie mam weny na to co jeść, jak jeść, a czego nie jeść w ogóle. I to mi rozwala rzeczywistość. Właściwie to w ogóle zapominam o jedzeniu, a gdy już mi się przypomina, to jestem tak głodna, że zjadłabym konia z kopytami!
    Zaglądam do lodówki i mogłabym jeść wszystko, niezależnie od konfiguracji. Mogę ogórki kiszone zagryzać płatkami z mlekiem, a kanapkę z dżemem pomidorową - nie ma problemu. Nie, nie jestem w ciąży. Po prostu chwilowo JESTEM KUCHENNYM NIECHLUJEM.
    Muszę coś z tym zrobić, bo mój żołądek choć jest całkiem cierpliwym kompanem, to w którymś momencie da mi popalić... W sumie chyba już powoli ma dość i może dlatego zaczęłam się zastanawiać nad sobą. Co z tego, że staram się (staram się, a nie unikam całkiem.... wrrr...) unikać tego, czego mi nie wolno, skoro rzeczy, które mi wolno jem w ilościach i konfiguracjach niespecjalnie kontrolowanych. CZAS WZIĄĆ SIĘ DO ROBOTY i ogarnąć ten temat.

niedziela, 1 kwietnia 2012

Easted uważa na, czyli produkty wysokiego ryzyka.

    Jak już wspominałam przy okazji 10 przykazań, są pewne produkty, które stanowią dla mnie listę potencjalnie niebezpiecznych. Dlaczego? Ponieważ są podstępne! :) Z jednej strony nie powinno ich zabraknąć, a z drugiej strony stanowią poważne ryzyko.

Do produktów RYZYKOWNYCH należą:
- chleb
- makarony
- ryż
- ziemniaki
- miód
- masło

    Co więc z tym zrobić? Hmm... najlepiej w miarę możliwości ZAMIENIĆ. Gdy to jednak najlepszy wybór z możliwych? OGRANICZYĆ. I tak:
- Jasne pieczywo i makarony zamieniam na produkty pełnoziarniste. Podobnie staram się robić z ryżem, choć do ryżu innego niż biały trudno mi się przekonać.
- Ziemniaki gotuję w łupinkach i staram się jeść ostudzone. Żadnych miazg, czy puree. Ciepłe i gotowane bez łupinek są bardziej kaloryczne, a przede wszystkim szybciej się je trawi, przez co szybciej pojawia się ponowne uczucie głodu. Poza tym skórki ziemniaków zawierają dużo dobrych dla organizmu składników, więc czemu się ich pozbywać?
    Staram się te produkty jednak dawkować ostrożnie i w innych proporcjach niż dotychczas, np. ziemniaków jest mniej, bym mogła je zastąpić sałatką.
- Miód i masło - tylko od wielkiego dzwonu. Miód na "smaka na słodko", ew. przy przeziębieniu. Masło w ramach zmiany dostarczanych tłuszczy. Staram się jednak tych produktów wystrzegać.

Prawdopodobnie to lista produktów wysokiego ryzyka będzie tą, która najbardziej będzie ewoluowała. Wszystko przyjdzie z praktyką :)

niedziela, 25 marca 2012

Zgrzeszyłam.

    Zawiesiłam eksperyment na 1,5 tygodnia. Pojechałam do rodziców. Skończyło się imieninami u babci i obiadem u cioci. Gdy wróciłam, to mieliśmy gościa i eksperyment też częściowo nie miał miejsca.
    Niemniej jednak w dniu mojego wyjazdu od rodziców moja wspaniała elektroniczna waga wskazywała 68,3 kg. Co oznacza POSTĘP!
    Wracam do eksperymentu jutro. Jutro rano też będę musiała stanąć na mojej tutejszej, analogowej wadze, która wariuje w zależności od miejsca, w którym się ją postawi. Będę musiała znaleźć miejsce, które będzie pokazywało podobną wagę i kontynuować pomiary już tylko w tym konkretnym miejscu. Niestety i tak najlepsze wyniki będę mogła obserwować dopiero w domu rodziców. Cóż, do tego czasu muszę sobie jakoś radzić.